loader image

Sally i Motia wróciły do domu

Jeśli pamiętacie historię kocich sznureczków, to na pewno ucieszy Was to, że Sally i Motia wróciły do domu, do Ukrainy, do swojej opiekunki. My jesteśmy z tego bardzo dumni! Na pohybel tej koszmarnej wojnie!

Sally i Motia. Ja wołałam na nich: Salinas i Motilek.

“Salinasku, chodź, idziemy jeść.”

“Nie poganiaj mnie Motilku, już niosę twoją miskę.”

Koty, przy których piekło wojny w Ukrainie dotarło do mnie bardzo wyraźnie; których sytuacja i cały jej kontekst, trzepnęły mnie tak mocno emocjonalnie.

To, że Sally i Motia wrócą do swojej opiekunki było wiadome już od pierwszego kontaktu za pośrednictwem FB. Oczywiście mogły zostać w Kocim Hospicjum już na stałe, gdyby taka była wola Iriny, ale Irina od razu pisała, że gdy tylko się ogarnie w nowej, ekstremalnej sytuacji, będzie chciała mieć koty przy sobie.

W lipcu wiedziałyśmy już, że organizujemy transport.

Sally i Motia to koty już nie młode i już przed wojną leczone. Sally jest kotem nerkowym, a Motia ma idiopatyczne zapalenie pęcherza. O ile Motię udało się ustabilizować (choć miał jeden epizod zatkania), to wyniki parametrów nerkowych Salinasa niestety systematycznie się pogarszały (mocznik udało się utrzymać w ryzach, ale kreatynina niestety nie spadała). Wiadomo było, że jeśli mają wracać, to nie można tego odwlekać.

Logistyka miała kilka punktów krytycznych.

Wiadomo było, że my musimy dowieźć koty do granicy, tak żeby Irina mogła je zabrać przez granicę, bo Irina nie prowadzi, a jej mąż nie może opuszczać granic Ukrainy. Miałyśmy jechać z dr Karoliną, ale ostatecznie żadna z nas nie mogła się ruszyć z domu. Malwina mogła ale nie teraz. A kiedy się okazało, że Kuba z Olą mogą, ale w tym konkretnym terminie, to akurat Irina była w sprawach rodzinnych na drugim końcu Ukrainy.

Nie ukrywam, że stres związany z dopinaniem wszystkich elementów okazał się dla mnie tak przytłaczający, że miałam ochotę schować się do szafy i wyjść z niej, kiedy cała impreza minie.

Potem było pakowanie zapasów jedzenia (oba koty na dietach weterynaryjnych), preparatów. Do tego dokumenty. Mierzenie dużego transportera, czy wejdzie do jednego i drugiego samochodu. Do nas koty przyjechały w tzw. koroboczkach (koszyczkach) i chciałam, żeby w drogę powrotną ruszyły wygodnie.

Kiedy nasza ekipa ruszyła w drogę – odetchnęłam. Ale tylko częściowo. Bo jeszcze droga i przekroczenie granicy. Z ulgą rozryczałam się dopiero wtedy, gdy dostałam fotki ze spotkania Kuby i Oli z Iriną.

Jeszcze raz podziękowania dla wszystkich – Kuby i Oli, Malwiny. Dla dr Marcina i dr Karoliny z lecznicy 4PET, którzy opiekowali się Sallym i Motią, gdy gorzej się czuli.

Podziękowania również dla Was – wspierających nasze działania, dzięki Waszym darowiznom mogliśmy wysłać Salinasa i Motilka do domu.

Kotów nie ma już w Kocim Hospicjum. Są w swoim domu – najedzone, wygłaskane i wycałowane. Były pod moją opieką przez pół roku.

Zostało mi po nich poczucie spełnionego obowiązku. To chyba najważniejsze. Nie wyobrażałam sobie od samego początku, aby miało być inaczej.

Została też po nich znajomość w Ukrainie. Zaproszenia wzajemne, że “gdy wojna się skończy, to…”.

I karteczki. Te, z którymi przyjechały. Kartki, tak samo, jak ukochane koty, wysłane w nieznane. Z nadzieją, że ktoś je przeczyta. I uszanuje.

We współczesnym świecie, pełnym udogodnień technicznych, nie było to aż takim wysiłkiem. Trzeba było tylko chcieć.

PS Dwa poniższe zdjęcia otrzymałam już z Ukrainy – Motia i Sally u siebie:

Motia
Sally

***

Jeśli uważasz, że to, co robimy jest ważne – wesprzyj nasze działania darowizną. Dziękujemy!