loader image

Kocie sznureczki, czyli kradzież ukraińskich zwierząt

Jechało do nas 7 kotów pani Iriny. Kotów właścicielskich. Zza Kijowa. Nie dojechały. Zostały po drodze ukradzione przez jedną z bardziej znanych polskich organizacji prozwierzęcych.

To zdjęcie jest moim osobistym symbolem tej wojny.

To, co widzicie, to “sznureczki identyfikacyjne”, które miały zawiązane na szyi koty, które przyjechały do nas w czwartek 10-ego marca w nocy. Dwa z pięciu przyjętych w tym transporcie, miały właśnie takie sznureczki zawiązane na szyi.

W nocy z czwartku na piątek odnalazłam tę osobę na FB i wysłałam jej priv. Wydawało mi się to takie oczywiste…

Irina odpowiedziała rano. Bardzo się ucieszyła i zadała trudne pytanie: czy pozostałe pięć też jest u ciebie?

No nie ma ich.

Do Iriny też nie odezwał się nikt poza mną.

Usiłowałam więc znaleźć te koty. Jakoś nagle stało się to dla mnie najważniejszą sprawą tej wojny. Moją. Iriny.

Wyobraziłam sobie, że wysyłam moje koty, by były bezpieczne. Dołączam info, żeby ktoś się do mnie odezwał i tylko dał znać, gdzie są koty i że jest ok. Wyobraziłam sobie, jak się zadręczam, że może lepiej było ich nie wysyłać; że może zrobiłam błąd…

Szukałam Augusty, Dżulii, Fanii, Wasi i Martiny.

W organizacjach, które przyjęły mnóstwo kotów i zgromadziły mnóstwo funduszy na ten cel, te pięć kotów zniknęłoby w tłumie, a dla Iriny – i dla mnie – to były konkretne koty. Czyjeś koty.

Od początku tej wojny nie zbierało mi się na płacz, mimo widoków, które na przeglądanych przeze mnie stronach ukraińskich są koszmarne, dramatyczne i straszne.

Ale kiedy bezsilnie patrzyłam po raz kolejny na te “sznureczki identyfikacyjne” – rozpłakałam się.

Cały czas miałam nadzieję, że się odnajdą. I się znalazły. Ale nie była to miła informacja.

Potwierdziłam, w której organizacji są i jednocześnie dowiedziałam się, że nie przekażą kotów pod opiekę Kociego Hospicjum. Informację tę wysłałam Irinie.

Wiem, że Irina skontaktowała się osobiście z tą organizacją, pytając, czy koty nie mogą być razem, u nas. Nie mam jeszcze wiadomości, czy i jakiej odpowiedzi udzieliła właścicielce kotów rzeczona organizacja.

Nie współpracuję z organizacjami, które znane są z tego, że przywłaszczają sobie zwierzęta właścicielskie i nie respektują wyroków sądu, oraz prowadzą taką formę organizacji, która nie wymaga od nich składania sprawozdań, w których można by przeczytać, na co (względnie konkretnie) wydano owe zebrane miliony. Dlatego nie nagabywałabym ich o te pięć kotów, gdyby nie fakt, że takie było pytanie ich właścicielki z Ukrainy.

Uważałam, że elementarnym obowiązkiem jest poinformowanie właścicielki, która oznakowała swoje koty – co też zrobiłam, i tego samego oczekiwałam od organizacji, która weszła w posiadanie pozostałej piątki.

Powiem wprost: uważam za niebywałe skurwysyństwo nie uczynienie tego, a zalecenie, by właścicielka sama się do nich odezwała, jak czegoś chce – za prostacko bezczelne.

W kwestii “brakujących” pięciu kotów dostosuję się – w miarę moich możliwości – do decyzji ich właścicielki.

[Nie był to pierwszy przypadek kradzieży kocich uchodźców. O innym pisaliśmy tutaj.]