loader image

******

Kot siedzi na oknie i patrzy na ulicę

Tak zwana polityka i to, co dzieje się obecnie na ulicach – dotyczy nie tylko naszych podopieczych, nas samych i naszej fundacji, ale i innych organizacji pozarządowych. Dlatego czasem piszemy nie tylko „o kotkach”.

Rzeczywistość mnie zatkała. Zamurowała na beton. Sądziłam, że ostatni post pomoże mi przełamać niemoc pisania na profilu hospicyjnym. Trochę pomogło tak ogólnie, ale niezupełnie, jeśli chodzi o relacjonowanie fundacyjne.

Zarzut, z którym się nagminnie spotykam pisząc na profilu kociej fundacji o sprawach ogólnospołecznych, daje się skrócić do „przychodzę tu (na profil) poczytać o kotkach, a nie o polityce”.

Otóż chciałabym napisać – po raz kolejny – dlaczego tu, na profilu fundacji prozwierzęcej pojawia się „polityka”. I dlaczego mi się to wszystko łączy. Bo okazuje sie, że sam fakt, iż ja – osoba tą fundacją zarządzająca – mimo wszystko nie jestem wyjęta zupełnie z rzeczywistości społecznej, to chyba za mało oczywisty fakt.

Polityka wkradała się na nasz profil fb od zawsze.

Nie tylko w moich deklaratywnych tekstach, ale też cichcem. Cichcem, a jednak zauważalnie dla tych, którym szersze aspekty naszej rzeczywistości nie są obce. Tak jak i mnie poruszają, choć skupiona jestem przede wszystkim na tym, co mam w domu. Wkrada się tylnymi drzwiami, choćby pod przykrywką… kocich imion.

Każdy, kto zada sobie trud wrzucenia tych imion w wyszukiwarkę, ma szansę odkryć, nie tylko moje literackie i muzyczne zainteresowania, ma szansę nie tylko dojść do tego, jakie seriale aktualnie ogladam i jakie lubię. Może też wykryć tropy prowadzące do aktualnych wydarzeń politycznych na całym świecie, które mnie poruszają. Z ostatnich imion: Pieriemien, Tsoi.  (Uwielbiam, gdy w komentarzach pod postem znajduję okrzyki „załapania” tematu. I jestem za każdym razem bardzo wdzięczna za takowe. Bo to oznacza, że ktoś odbiera rzeczywistość podobnie do mnie i to jest niezwykle cenne – poczuć to porozumienie.)

Kot Pieriemien podczas badania w lecznicy weterynaryjnej.
Pieriemien / Kocie Hospicjum

Jak napisałam wcześniej – rzeczywistość mnie zatkała. A nic tak nie działa na odetkanie, jak solidny kop w dupę od tej samej rzeczywistości. Piszę całkiem serio, nie metaforycznie.

Przedwczoraj poślizgnęłam się na mokrej podłodze. Podcięło mnie zdradziecko, znienacka i klapnęłam po całości. Zabolało. Leżąc na podłodze i podziwiając z zaskakującej perspektywy mój ukochany sufit, starałam się najpierw zorientować, czy nie przygniotłam jakiegoś kota.

Nie przygniotłam.

Leżę, patrzę w sufit – i co teraz? Pogotowie? Szpital?

Zaraz, zaraz. Jakie pogotowie? Jaki szpital? Mamy pandemię. Karetki z duszącymi się ludźmi stoją godzinami, czekając na przyjęcie na SOR, a ja mam im zawracać głowę moją stłuczoną du sorki, anatomicznie rzecz biorąc: kością guziczną?

Powoli posprawdzałam czynności życiowe swojego organizmu. Wszystko działało, choć bolało. Kość guziczna najbardziej. Ale mogłam wstać. Mogę się ruszać. Dziś jest zdecydowanie lepiej. Dziękuję.

A teraz, niech ktoś mi napisze, że rzeczywistość polityczna nie ma wpływu na to, co się dzieje w Kocim Hospicjum.

Czy połamana miałabym szanse na cokolwiek więcej, niż teleporada? Po ilu godzinach dotarłaby do mnie karetka z przepracowanym do granic możliwości zespołem ratunkowym? Gdzie miałabym największe szanse na złapanie COVID-19, którego najprawdopodobniej nie przeżyję?

Na szczęście jest ekipa, która zajęłaby się kotami i sprawami fundacyjnymi. Nie zmienia to jednak faktu, że rzeczywistość poza-fundacyjna jest, jaka jest i ma to znaczenie także dla naszej pracy przy kotach.

Jeśli zaś chodzi o

aktualnie odbywające się protesty

i wzmiankowanie o nich na profilu kociej fundacji… No sorki, ale nie wspominałam o nich po to, żeby od jednego, czy drugiego faceta (sic!) poczytać o tym, jak wygląda aborcja i jakie to wstrętne. Jakbym chciała na profilu kociej fundacji uprawiać polityke, to walnęłabym Wam wszystkim swoje skrajnie lewackie przemówienie, już nie tylko o aborcji, ale w ogóle o wszystkim.

Na Hospicyjnym profilu chcę Wam tylko pokazać, że to, co się dzieje na świecie (a zwłaszcza w kraju, w którym żyjemy ja, moje koty i osoby, które pracują w Fundacji) – ma znaczenie dla naszej kociej działalności.

Pamiętacie mój wpis o „5 dla zwierząt”? Wróćcie do niego i mówcie mi „prorokini”. Nie, nie cieszy mnie moja profetyczna zdolność opowiadania świata od jego cynicznej podszewki.

Losy „projektu” potwierdziły wszystkie moje wątpliwości – i te o kosztach/zysku z nowej bazy czipów, i te o sposobie prowadzenia interwencji. A i tak ląduje on w sejmowej zamrażarce.

Nie udało mi się tylko (wtedy) ustalić, po co to wszystko było.

A jednak, obserwując to, co dzieje się obecnie na ulicach, coraz bardziej się przychylam ku stwierdzeniu, że waśnie po to. Czyli to, czego nie udało się osiągnąć pseudodebatą nad „5 dla zwierząt”, osiąga się teraz (choć zdaje się, że efekt przerósł zamierzone oczekiwania i wymknął się spod kontroli).

Żeby sobie uświadomić, jakie to ma znaczenie dla organizacji prozwierzęcej, należy odpowiedzieć sobie na pytanie, czym są i jakie mają zadania społeczne wszystkie organizacje pozarządowe.

Tak, wszystkie, nie tylko prozwierzęce.

W stabilnym społeczeństwie względnego dobrobytu

organizacje pozarządowe, to takie twory, które wypełniają niszę „usług” dla społeczeństwa, których nie wypełnia administracja rządowa, czy samorządowa. NGO-sy, to też narzędzie redystrybucji środków. Jesli ktoś ma naddatek w postaci 10 PLN, to sam z tymi 10 PLN-ami nic nie zrobi. Może iść na piwo, kawę (i owszem, wolno mu). Ale jakby chciał, żeby te jego 10 PLN zaczęło działać dla dobra ogólnospołecznego, to właśnie od tego ma  NGO-sy.

I wróćmy do początku ostatniego akapitu: do określenia „stabilnego społeczeństwa względnego dobrobytu”.

Rozumiecie już?

Dobrostan tych ponad 70 kotów biegających mi po domu, opiera się właśnie na tym.

Na tym, że ktoś ma „wolną dychę” i chciałby, żeby ona pracowała dla ogólnospołecznego dobra. Żeby pomagała bezdomnym kotom, ale nie tylko.

Kot Tsoi w lecznicy weterynaryjnej.
Tsoi / Kocie Hospicjum

Nie mogę sobie pójść spać spokojnie, bo rzekomo to, co dzieje się na ulicach nie dotyczy naszych podopiecznych. Dotyczy i to bardzo.

Nie udało się wyprowadzić młodych ludzi na ulicę przy pomocy „5 dla zwierząt”, żeby przykryć nieudolność administracji rzadowej (i samorządowej), to się rzuca aborcją, która zawsze zadziała, bo dotyczy już nie tylko wąskiej grupy „ekooszołomów”, ale całości społeczeństwa (i tych za i tych przeciw).

Serio? To jest ten moment w czasie, kiedy rządzący powinni się tym zajmować? „5 dla zwierząt”? Likwidowanie kompromisu aborcyjnego? W tym czasie, w tych okolicznościach i przede wszystkim – w taki sposób?

Bo żeby jeszcze zajęli sie z sensem…

Bo żeby jeszcze wszystko inne było ogarnięte – pandemia i opieka zdrowotna, kwestie gospodarcze.

Gdybym jeszcze miała poczucie, że ktokolwiek nad czymkolwiek panuje. Gdybym tylko miała poczucie, że zarówno „5 dla zwierząt”, jak i kwestie związane z aborcją, są traktowane poważnie, a nie jako płachta na byka, do odwrócenia uwagi.

Rozumiecie już?

Jak mam się zajmować na spokojnie swoimi kuwetami, czy też edukacją w kwestii kotów środowiskowych, skoro wydają mi się one sprawami małoistotnymi, wobec tego wszystkiego, co dzieje się w otaczającej mnie rzeczywistości?

Jak mam się odciąć od myślenia z troską i obawą o to, co będzie za trzy, cztery miesiące, kiedy osoby nas wspierające nie będa już miały ‚wolnej dychy’ na naszych podopiecznych?

Nie, same protesty mnie nie przerażają. Są słuszne.

Przeraża mnie chaos, który jest kreowany nie przez protesty, a przez ludzi, którzy je prowokują.

Czego oczekuje się od państwa, od tzw. rządzących, od polityków?

Czy nie przypadkiem tego, by umieli zorganizować przestrzeń dla współistnienia różnych wizji zajmowania się swoim życiem?