loader image

Piątka dla zwierząt, czyli polityka w działaniach organizacji prozwierzęcej

Mała kotka Aliama, która nie rośnie.

Wszyscy oniemieli z zachwytu nad „piątką dla zwierząt”, ale w kwestii tego, co mnie najbardziej interesuje, czym się zajmuję bezpośrednio i co uwiera mnie najbardziej – nie ma w niej nic (żeby nie napisać dosadniej).

Tekst ukazał się dzisiaj również na naszym Facebooku.

Wszyscy niemal, jak jeden mąż/żona, oniemieli z zachwytu nad „piątką dla zwierząt”.

Zakaz hodowli futerkowych? Gites.

Zakaz łańcuchów, czy tylko wydłużenie? Wielkość kojca? Zakaz trzymania non stop na uwięzi? Detale, które już właściwie były i których nie ma jak wyegzekwować.

Zwiększenie uprawnień dla organizacji prozwierzęcych? Jakie zwiększenie? Co jeszcze będzie nam, organizacjom wolno w imię często domniemanego cierpienia zwierzęcia? Dostaniemy asystę policji? To już mamy. Jak ta asysta wygląda w sytuacjach, które z kolei są bezdyskusyjne, to większość z organizacji wie.

Mam niemiłe wrażenie, że to, co Ardanowski nazywał „ograniczeniem działań organizacji prozwierzęcych”, to w wychwalanej „piątce dla zwierząt” określa się „zwiększeniem uprawnień” – pomijając pojęciową ekwilibrystykę, będzie jak było.

Bo choć obecność policji przy interwencjach będzie obowiązkowa (jednych to cieszy, innych nie), to edukacja policjantów, zwłaszcza poza ośrodkami wielkomiejskimi jest żadna, a na dodatek dochodzą kwestie… nazwijmy je kulturowo-społeczne. Czyli w małych ośrodkach mnożenie psów i kotów jest „normalne”, psa/kota się nie leczy, tylko ubija w stodole, albo sam zdycha i policja w takich ośrodkach nie widzi w tym niczego złego. Bo to sąsiad, znajomy, szwagier. „Bo tak zawsze było i to jest normalne”.

I co mamy zrobić z taką asystą?

Powołano Pełnomocnika d/s Zwierząt, planuje się powołanie jakiejś Rady do tych samych spraw – obie instytucje w ramach Ministerstwa Rolnictwa.

To jednie organy doradcze, nie mające żadnej faktycznej możliwości wpłynięcia na cokolwiek.

Dlaczego nie postuluje się powołanie Rzecznika Praw Zwierząt, na wzór Rzecznika Praw Obywatelskich, czy Rzecznika Praw Dziecka – instytucji, która miałaby moc niezależnego rzecznictwa w kwestii praw zwierząt?

Uświadomcie sobie – rady można zignorować, rzecznictwa niezależnego, samodzielnego organu już nie, bo ma on kompetencje procesowe, proceduralne, a przede wszystkim kontrolne.

Nie mówiąc już o tym, że wprowadzenie zmian w samej Ustawie o Ochronie Zwierząt niczego zwierzętom nie daje. Serio.

Zwierzę ciągle jest własnością,

czyli rzeczą. Naiwnie w tym kontekście brzmi zapis z UoOZ, że „zwierzę nie jest rzeczą”. Ależ jest. W żadnym innym akcie prawnym nie ma ani jednego zdania na temat tego, że zwierzę, jako czyjaś własność podlega jakimkolwiek innym uregulowaniom, niż samochód, dom, szafa, czy zgubiony parasol.

Z tego wynikają problemy np. ze zwierzętami zabezpieczonymi jako masa spadkowa, czy też na poczet zadłużenia (były przypadki zlicytowania psa rasowego przez komornika); stąd problemy ze zwierzętami odbieranymi interwencyjnie, np. zwierzę jest traktowane jako „źródło dochodu” i o ile stado krów może mieć takie właśnie znaczenie, to już pies/kot w typie rasy, na którego rozmnażaniu wzbogacił się jakiś pseudohodowca, nie powinny mieć takiego rozumienia w prawodawstwie, a mają.

W proponowanych zmianach nadal nie ma nic o obligatoryjnej sterylizacji/kastracji zwierząt spoza licencjonowanych hodowli. Nie ma nic o obligatoryjnym czipowaniu wszystkich zwierząt właścicielskich i bezdomnych.

Abstrakcją całkowicie poza jakimikolwiek rozważaniami, jest kwestia kotów, jako gatunku udomowionego. W UoOZ kot domowy (gatunek) występuje w dwóch postaciach: ten w domu (rasowy jest tu szczególnym przypadkiem, który dodatkowo ma wsparcie w tzw. „innej działalności rolniczej”) i ten „dziki”.

I mamy potem takie kwiatki, że gmina nie uznaje za stosowne objąć, wymaganym ustawowo Gminnym Programem Zapobiegania Bezdomności, kotów wolno żyjących, bo „wolno żyjące to dzikie”, a nie bezdomne. Mamy też takie kwiatki, że KRS rejestruje pewną organizację prozwierzęcą, która w swoich zapisach statutowych ma „przeciwdziałanie kastracji i sterylizacji, ze względu na ochronę psa i kota jako gatunków wolno żyjących”.

Od lat środowiska prawnicze związane z prawami zwierząt nieśmiało sugerują napisanie

UoOZ zupełnie od nowa.

Niektóre organizacje prozwierzęce równie nieśmiało to popierają.

Od lat nic się nie robi w sprawie przystąpienia Polski do Europejskiej Konwencji Ochrony Zwierząt Domowych. A podpisanie tej konwencji wymusiłoby odpowiednie zmiany w ustawodawstwie krajowym. (To tyle w kwestii tego, co nam UE „narzuca”. Gdyby faktycznie narzuciła to prawo, to wielu kłopotów dałoby się uniknąć, a tak mamy to, co mamy).

No ale gites. „Zerwijmy łańcuchy” i „uwolnijmy norki”. To się faktycznie da zrobić. Stosunkowo łatwo (nie mówię, że bezboleśnie), byle konsekwentnie.

Ale w kwestii tego, co mnie najbardziej interesuje, czym się zajmuję bezpośrednio i co uwiera mnie najbardziej – nic (żeby nie napisać dosadniej).

Rozmawiając z różnymi osobami, które tak, czy inaczej działają na rzecz ograniczania bezdomności psów i kotów, widzimy, że o ile liczba psów bezdomnych jakoś się stabilizuje (jest daleka od stanu, który można by uznać za zadowalający, czy też opanowany, ale przyrost jest w miarę przewidywalny), o tyle liczba kotów bezdomnych wzrasta lawinowo i już od dawna jest nie do ogarnięcia. W przypadku tego gatunku to już jest całkowita dowolność rozumienia i stosowania zapisów UoOZ.

A w „piątce dla zwierząt” nie ma nic o tych kwestiach i problemach.

Dlatego, proszę, nie oznaczajcie ani mnie prywatnie, ani też Kociego Hospicjum w jakimś „czelendżu”.

Nie będę się zachwycać i wspierać, dopóki nie zacznie się

systemowo mówić o kotach

– ich bezdomności, ich nadpopulacji. 

Nie będę, dopóki nie zacznie się naprawiać prawa dla zwierząt systemowo, a nie z doskoku i punktowo, bo akurat w sejmie trzeba przepchnąć kolejne kontrowersyjne zapisy w innej ustawie.

Nie będę, bo jak się ludzie skupią na „zerwijmy łańcuchy” i „uwolnić norkę”, to nie zauważą, że im w „ustawie covidowej” przepychają bezkarność urzędników. Nie tylko tych wysokiego szczebla, ale również pana/pani XY odpowiedzialnych w gminie za działania na rzecz ograniczania bezdomności.

Nie będę się zachwycać i wspierać, dopóki zwierzęta i ochrona ich praw nie będą celem samym w sobie, a nie narzędziem do osiągnięcia jakiś innych celów, czy to ogólnopaństwowych, czy partykularnych.

**

Na fotce moja ulubiona fotomodelka do spraw politycznych – Aliama.