loader image

Hekatomba kociąt

Miot kociąt.

To, że jedne kocięta nadal będą umierać, czy też będą usypiane, nie może mieć wpływu na moją determinację, by ratować inne. Wszystkim nie pomogę, nie dam rady – ale z zaciętym uporem będę nadal robić swoje. W tym małym zakresie, na miarę moich sił, przy wsparciu przyjaciół i osób życzliwych. To jedyne, co mogę zrobić.

Tekst opublikowany oryginalnie 26 czerwca 2013 r. na naszej starej stronie www.

Pewnie to ze zmęczenia.

Wzruszam się. Stanowczo zbyt łatwo się wzruszam.

Wzruszenie – zmęczenie. Ciekawa zależność.

Przysiadłam na chwilę, by przez moment zająć się czymś innym niż przygotowywaniem kolejnej porcji jedzenia dla kociąt i na kolana wgramolił mi się Batik. Kociak – siedem, osiem tygodni. Gdzieś na kocykach, poduszkach, przytulone do siebie lub do innych dorosłych kotów, śpią pozostałe. W sumie sześć. Na razie sześć i tylko sześć.

Wzbiera we mnie żal…

Nie umiem go dobrze ukierunkować. Żal do świata? Do ludzi? Do człowieka? Do siebie? No bo przecież nie do jakiegokolwiek boga, który nawet jeśli jest, nie ma z tym nic wspólnego.

Do kogo i gdzie zwrócić się z tym żalem? W którym miejscu jest ten guzik, który należałoby nacisnąć, by to się skończyło… albo choć zmalało…

Coroczna hekatomba kociąt.

Widzę, uczestniczę, stawiam mikry opór.

Widzę, bo akurat teraz jest to łatwo obserwowalne. Kiedy jest cieplej, warunki naturalne pozwalają przeżyć większości z nich i tylko dlatego można na to popatrzeć. Ale nie znaczy to wcale, że w innych porach roku nie rodzą się wcale. Nikt nie prowadzi ani takich badań, ani nawet statystyk. Ale rodzą się też wczesną wiosną i jesienią, a nawet zimą – tylko wtedy ich nie widać; umierają często zanim są na tyle samodzielne, by opuścić miejsce swojego urodzenia – piwnicę, śmietnik, krzaki. Kocica jest płodna i gotowa do zapłodnienia przez cały rok. Jedynym okresem, kiedy nie jest, jest okres ciąży. Często odkarmiając jeden miot, ma już ruję lub chodzi w następnej ciąży; często też porzuca nieodchowane do końca kocięta, by podążyć za hormonalnym wezwaniem lub zająć się kolejnym miotem. Teraz jest na tyle ciepło, że porzucone kociaki zdążą wykrzyczeć pomoc dla siebie zanim dopadnie je cicha śmierć z wychłodzenia i głodu.

Poraniony mały bezdomny kot Berik.
Berik, 1 czerwca 2016. Znajda. Rany powstały na skutek infekcji ropnej po zadrapaniach spowodowanych najprawdopodobniej przez inne koty w gnieździe. W ranach zalęgły się larwy. Na zdjęciu stan po oczyszczeniu ran./ Kocie Hospicjum

Pomoc? Ile z nich faktycznie dostanie szansę? Szansę na życie.

Ile z nich zostanie ‚elementem obiegu białka w przyrodzie’? Ile z nich z powodu ograniczonych możliwości wszystkich ludzi i instytucji zajmujących się bezdomnymi zwierzętami towarzyszącymi, dostanie litościwą i szybką śmierć w strzykawce?

Są zbędną porcją białka.

Wyprodukowaną na bazie instynktu przetrwania, który obraca się przeciwko indywidualnemu istnieniu każdego z nich.

Ale przecież koty wolnożyjące nie są nawet gatunkiem dzikim, naturalnym. Ich zdolności przystosowawcze pozwalają im trwać w otoczeniu człowieka, czasem radzą sobie lepiej, czasami gorzej niż źle, ale pokażcie mi dziki gatunek, który jest zdolny do prokreacji cały rok; który gatunek dzikich kotowatych (niezależnie od szerokości geograficznej) nie ma określonego sezonu rozrodczego, u którego przedłużanie gatunku nie odbywa się w pewnym cyklu. Duże kotowate, do których tak lubimy porównywać nasze domowe koty zwykle rozmnażają się w cyklu dwu, trzy letnim – szybsza gotowość do prokreacji warunkowana jest tylko utratą aktualnie odchowywanego miotu kociąt. Nasze rodzime gatunki dzikich kotowatych – ryś i żbik – cykl rozrodczy rozpoczynają wiosną, gdy warunki zewnętrzne stają się sprzyjające przetrwaniu młodych.

To nie dotyczy kotów wolnożyjących. To nie ten schemat. I widać to każdej wiosny, gdy do schronisk, fundacji i prywatnych domów tymczasowych trafiają kolejne znalezione mioty owych „dzikich” kociąt.

Dlatego widząc rokrocznie maluchy zalewające tych wszystkich, którzy starają się im pomagać, cieszę się z każdej sterylki/kastracji domowego pupila. Budzi się nadzieja, gdy ktoś mi mówi/pisze: „zrezygnowałam/em z kociąt po moim podopiecznym”. Budzi się nadzieja, nawet jeśli nie na wyraźnie odczuwalne zmniejszenie kociej populacji, to nadzieja na wzrost świadomości ludzi, którzy nie tylko chcą mieć ładnego kotka w celu zaspokojenia swoich osobistych, egoistycznych zachcianek. Nadzieja na to, że być może coraz więcej ludzi posiadanie w domu zwierzaka będzie poczytywało sobie za przywilej i coś w rodzaju zaszczytu, a nie za prostackie uzupełnienie stanu posiadania; że liczyć się będzie wzajemna relacja, którą tworzymy z kotem i która jest potrzebna obydwu stronom.

Uczestniczę we wspomnianej hekatombie, bo każdy, kto wie, również w jakimś sensie uczestniczy; bo w swoim zakresie niewiele mogę zdziałać i własne ograniczenia warunkują nikły zasięg moich działań. Milcząco akceptuję usypianie ślepych miotów i sterylizacje aborcyjne. Milcząco i w poczuciu ogromnej klęski i ze świadomością własnej niewydolności. Według mnie

najlepiej by było, gdyby się nie rodziły

wcale. Ani jedno z nich. Gdziekolwiek.

Stąd przyzwolenie na aborcję, nawet u kotki w wysokiej ciąży. Dla kotki jest to wtedy normalny zabieg, nie ma ona poczucia straty, nie uruchamia się fizjologiczny mechanizm hormonalnie warunkujący jej więź z nowonarodzonymi kociętami. W trakcie premedykacji do zabiegu znieczuleniu ulegają również i kocięta. Ich eutanazja przebiega wówczas łagodniej niż po urodzeniu – nawet nowo narodzone maluchy czują każde ukłucie, a zdarza się, że weterynarze nie uważają za stosowne znieczulać takich małych kociąt przed uśpieniem śmiertelnym zastrzykiem. Zostawianie jednego kociaka z miotu uważam za etycznie nieuzasadnione – na jakiej podstawie dokonuje się takiego wyboru, jakie są argumenty, jak emocjonalnie radzić sobie z takim wyborem? Wydaje mi się to jeszcze bardziej niemoralne niż sterylizacja aborcyjna, czy uśpienie wszystkich. Uzasadnienie, że przy jednym pozostawionym kociaku kotka nie rozpacza po stracie pozostałych jest dla mnie jedynie kolejnym argumentem za przeprowadzeniem sterylki aborcyjnej, a nie na korzyść zostawiania wybrańca przy życiu. Skoro argumentuje się eutanazję ślepych kociąt brakiem warunków i możliwości na odchowywanie kolejnych niechcianych maluchów, to nie ma ich dla żadnego.

Nie za moją przyczyną rodzą się kolejne kocięta, ale to ja muszę podejmować decyzje odnośnie życia, którego nie powołałam. To ja muszę sobie radzić z emocjami, które rodzą się na gruncie moich decyzji ale w okolicznościach, których nie jestem sprawcą. Podejmuję się tego, bo to jeszcze jedna z konsekwencji tej pracy. Tak, jak jest nią radość i satysfakcja, tak też jest nią ciężar trudnych i moralnie wątpliwych decyzji.

Nie jestem w stanie uratować wszystkich kociąt. Kiedy człowiek chcąc pomóc, staje przed faktem zajęcia się dwudziestoma kocimi oseskami okazuje się, że jest to nie do ogarnięcia. Zwłaszcza, że nie jest to jedyna taka dwudziestka w tym i każdym następnym tygodniu… Nie ma gdzie i za co. Nie ma jak – nie ma tylu osób, które byłyby w stanie to robić. Dlatego tak cenna jest każda osoba podejmująca odpowiedzialność opieki nad kociakiem, którego nie powołała do życia. Dlatego tak ważne dla mnie jest pisanie o każdym aspekcie mojej pracy – nie tylko o sukcesach, ale też o porażkach, a do największych zaliczam fakt, że chcąc ratować muszę wybierać i muszę decydować. I muszę zawężać pole wyboru choćby do tych, które są w jakikolwiek sposób samodzielne.

Stawiam mikry opór,

biorąc jedynie niektóre z tych niechcianych pod opiekę. To zawsze będzie tylko jakieś sześć wobec setek, tysięcy w skali widzialnej części fali narodzin.

Jeden z obrońców praw zwierząt napisał, że współczesny człowiek nie powinien już jeść mięsa bez poczucia winy, tak też według mnie, nie powinien być dumny z powodu urodzenia się pod jego pieczą jakiegokolwiek przedstawiciela z gatunku nazywanego zwierzęciem towarzyszącym. Dla tych urodzonych gdziekolwiek, w jakichkolwiek warunkach i z jakichkolwiek powodów, to nie ma znaczenia. Wszystkie chcą żyć. Każde z nich niesie ze sobą pewien potencjał, swoje własne możliwości. Nie można cieszyć się tylko z niektórych – odpowiedzialni jesteśmy za każde z tych małych żyć. To nie jest dziki gatunek, który możemy pozostawić prawom naturalnej selekcji. To gatunek, którego istnienie jest nierozerwalnie związane z działaniami i decyzjami człowieka.

Berik.
Berik, 27 czerwca 2016. / Kocie Hospicjum

Patrząc na coroczną hekatombę mam poczucie ogromu utraconych możliwości, doświadczenie głębokiego bezsensu tego, co się dzieje. Bo po co? Zwierzęta towarzyszące nie stanowią ‘naturalnego elementu jakiegokolwiek ekosystemu’.

Nie miałam wpływu na urodzenie się moich podopiecznych. Ale patrząc na każdego z nich, na te nieliczne spośród hekatomby, którym byłam w stanie dać możliwość, patrząc jak jedzą i się bawią, czuję, jak budzi się we mnie opór.

Nie przestanę. Dopóki mogę – nie. Z maniackim uporem będę to robić. Do każdego kota podchodzić

jakby był jedynym kotem na świecie

– jedynym, więc w tej kulturze cennym. To, że nie jest, że są tysiące innych niczego w perspektywie tego jednego kota nie zmienia. To ja wiem, że są ich tysiące. On/ona tego nie wie.

Nadal będę z poczuciem winy, w uznaniu własnej niemocy, przyzwalać na usypianie ślepych miotów i sterylki aborcyjne. Bo tylko własna niemoc warunkuje takie działanie, nic innego. Nie może być tu miejsca na argument, że ‘tak trzeba’, czy ‘powinno się’. Eksterminacja jednych nie może być argumentem na rzecz ratowania życia drugich. Nie, nie trzeba, nie powinno się – po prostu: ja więcej nie mogę zrobić ponad to, co robię – nie dam rady odkarmiać dwudziestu kociąt jednocześnie, fizycznie nie dam rady.

To, że nadal będą umierać, czy też będą usypiane jedne, nie może mieć jednak wpływu na moją determinację, by ratować inne. Wszystkim nie pomogę, nie dam rady – ale z zaciętym uporem będę nadal robić swoje. W tym małym zakresie, na miarę moich sił, przy wsparciu przyjaciół i osób życzliwych. To jedyne, co mogę zrobić. Coś w życiu przecież robić trzeba…

Tylko sześć, aż sześć? Zbędna porcja białka? W jakiejś perspektywie – być może. Ani ładniejsze, ani lepsze, ani nawet moje. Przypadkowo akurat te, nie inne. Sześć z corocznej hekatomby kociąt. Pocieszam się tym, że pracuję ile mogę, by tych, którym się udało, było więcej. By były następne…

Zbędna porcja białka? Nie. To jest Batik. To – Niam, a to Gyal. Tam śpi Haze i Sensimilla, a tu mała Sativa ssie kocyk. Każde z nich to osobna rzeczywistość, z którą mam szczęście obcować i dzielić przestrzeń. Każde z nich potrzebuje bliskości i troski, każde z nich jest w stanie dać radość, każde z nich – zgodnie z określającym je pojęciem – będzie towarzyszyć jakiemuś człowiekowi, dopełniając ludzkie życie.

W pewnym sensie ja też jestem zbędną porcją białka. Każdy z nas jest… Obyśmy nigdy nie musieli przekonać się, jak bardzo zbędni jesteśmy.