loader image

Prawa człowieka

Człowiek i kot.

Poczułam strach, bo znowu ktoś może poczuć się uprawnionym do tego, by dosłownie wybić mi z głowy moje własne pomysły na to, jak ma wyglądać moje życie. Poczułam strach, bo znowu nie miałabym oparcia w prawie i w tych instytucjach, które zobowiązane są, by moich praw bronić, a nie narzucać mi cudze.

Po pierwsze: wolność nie ma wersji i nazwiska,
nie jest ubrana w nic – fundamentem na wyzyskach.
Blaskiem nie błyska, bo nie jest dla wybranych,
tych którym los był łagodniej napisany.

[…]

Po drugie: nie ma nic, co usprawiedliwia władzę.
Nikt nie dał przywilejów jej, by była komuś głazem,
gdzie sprawiedliwość miała być dla niej wyrazem
w czasach tych demonstracyjnie pielęgnuje skazę.1

Teraz, kiedy powoli opada fala najsilniejszych emocji, chciałabym dopisać kilka słów rozwinięcia do mojego poprzedniego, bardzo proklamacyjnego wpisu. Jednak emocje nie wygasły, co i rusz dochodzą nowe informacje, które nie pozwalają odciąć się i udawać, że nic się nie dzieje. Usiłuję radzić sobie z nimi na swój sposób – fizyczną pracą i pisaniem.

Kimkolwiek jesteś, Ty, któremu/której ciągle wydaje się, że prawa człowieka w tym kraju są, są dla wszystkich i dla każdego, i są respektowane –

spróbuj wysilić się na pewien eksperyment,

choćby tylko myślowy. Jednego dnia przypnij do torby, kurtki albo załóż na szyję różaniec lub symbol Polski Walczącej i wyjdź na ulicę. Drugiego dnia – zrób to samo, ale z tęczą…

Tak, wiem, jeśli to zrobisz, to najprawdopodobniej zarówno w jednym, jak i drugim przypadku nic się na tej ulicy nie stanie (choć czytając wpis Jacka Denhela zaczynam mieć wątpliwości). Ale – jeśli się tylko zatrzymasz i zastanowisz – poczujesz to, co poczułam ja.

O ile w przypadku pomysłu ostentacyjnego noszenia ‚kotwicy’, czy różańca poczułam niesmak i był on skierowany do wewnątrz: „no co ty, Agn, wyszłabyś z tym na ulicę?”, to w przypadku tęczy poczułam… strach. Strach przed zewnętrzem: „a co, jeśli ktoś zareaguje?”. Pół biedy, jak rzuci niewybrednym komentarzem, lub wyzwiskiem, a jeśli poczuje się uprawniony do czegoś więcej?

Mój post nie był ‚polityczny’, był bardzo osobisty, bo i

mój strach poczułam mocno w sobie.

Bo wróciły wspomnienia sprzed ponad 35 lat, kiedy noszenie spodni w kratkę, albo w pionowe pasy, to był już powód do tego, żeby milicja chciała mnie legitymować, chociaż szłam spokojnie ulicą. Kiedy zatrzymana musiałam odpinać agrafki wpięte w koszulkę; kiedy miałam pokazywać przedramiona, czy aby się nie ‚szprycuję’; kiedy serce stanęło mi w gardle, gdy uchachany milicjant żartobliwie sugerował, że „dziewczyny to sobie dają w żyły na piersiach, więc może by tam sprawdzić”.

Nie chcę uprawiać martyrologii. Ale wiem, jak wyglądały wtedy prawa człowieka.

„Bądź grzeczna, nie wyróżniaj się, zajmuj się tym, co wszyscy, nie odstawaj od ogółu; po co ci to? przecież nie chcemy od ciebie niczego wielkiego, prawda? gładkie spodnie, a najlepiej jeszcze spódniczka, czy sukienka, też są ładne i wygodne, zamiast tych agrafek to może inną broszkę byś sobie wpięła?”

Poczułam strach, bo znowu ktoś może poczuć się uprawnionym do tego, by dosłownie wybić mi z głowy moje własne pomysły na to, jak ma wyglądać moje życie. Poczułam strach, bo znowu nie miałabym oparcia w prawie i w tych instytucjach, które zobowiązane są, by moich praw bronić, a nie narzucać mi cudze.

Mój strach jest mały.

Wynika z reminiscencji i odnosi się do zupełnie innej sfery mojego życia. Ja mam ten komfort, że na wielu płaszczyznach życia społecznego jestem ‚w normie’, że mogę również sobie pozwolić na funkcjonowanie w specyficznej niszy, którą sobie wyrąbałam i która jest względnie bezpieczna. Ale wydarzenia ostatnich dni przywołały strach z moich wspomnień. Nie chcę żeby ktoś tak się bał, jak ja, ani żeby bał się bardziej; żeby był bardziej zagrożony, niż ja kiedykolwiek byłam.

Prawa człowieka, to prawo do życia bez strachu.

Pod moim facebookowym postem ktoś napisał:

„Zajmij się kotami, a nie polityką.”

Szczerze mnie to rozbawiło.

Kotami bezdomnymi zajmuję się od 20 lat. I zasadniczo powinnam się ucieszyć, że ktoś mnie wysyła do tych kotów, bo jeszcze 10 lat temu musiałam walczyć z ludźmi (obcymi), którzy usiłowali mnie przekonać, że nie mam prawa zajmować się kotami we własnym domu i że jeżeli tak kocham zwierzątka, to może bym rybki hodowała, bo wtedy nie będzie to przeszkadzać moim sąsiadom.

Miałam być jak inni. Bo po co mi to? Po co narażać się na ciągłe ataki i wyzwiska agresywnego sąsiada, który nie przebierał w słowach ilekroć tylko mnie widział? Po co mi ciągłe wizyty policji (tym razem po-licji, nie mi-licji), która liczy i liczy te moje koty i nic z tego liczenia nie wynika, bo nie ma żadnego paragrafu, którym tę liczbę można by ugryźć i wyrzucić mnie na bruk.

A teraz, proszę… mam się „zająć tymi kotami”…

Uff… jaka ulga… mogę.

Prawa zwierząt? Prawa człowieka?

Jak jeszcze się mi łączą, poza moją pozornie odległą w czasie traumą?

Chociażby tak: nieheteronormatywny chłopak z jakiejś zapadłej polskiej wsi stracił swojego kota, bo śmiał być inny. Używa się zwierząt do tego, by wyrządzić krzywdę człowiekowi. Straszy się człowieka, że zabije się jego pozostałe zwierzęta.

Albo wszędzie tam, gdzie trwa regularna wojna. Syria, Rojava, Ukraina. I najnowsze miejsce na sąsiedzkiej mapie świata – Białoruś. Myślicie, że tam nie ma kotów i psów? Że nie ma innych zwierząt? Z Ukrainy i Białorusi przyjeżdżały też koty (i pies) do nas, do naszej fundacji, pod naszą opiekę.

Mój strach jest mały.

Ale mój strach dotyka tego, co jest

wspólne dla praw człowieka i praw zwierząt.

Jak chcecie egzekwować prawa zwierząt, skoro instytucja, która jest jedną z wyznaczonych do wspomagania was w tym, może sobie te prawa interpretować i stosować według partykularnych interesów? Co z tego, że w prawie są zapisane jakieś uregulowania, kiedy policjant powie wam, że nie pojedzie na interwencję, bo nie widzi podstaw, a w ogóle to zajmijcie się czymś pożytecznym, a nie zawracaniem głowy z jakimś psem, czy kotem?

Nie znacie tego?

Jak chcecie wymusić na urzędniku jakieś działania nałożone na niego w ustawach, kiedy on będzie mógł bezkarnie stosować się do tych zapisów tylko wtedy, gdy będzie mu wygodniej?

Nie, prawa zwierząt i prawa człowieka nie są rozłączne i niezależne od siebie.

Nie wystarczy sam zapis i wszyscy mają się cieszyć, bo w Konstytucji RP napisano, że wszyscy jesteśmy równi wobec prawa. Nie jest argumentem za rozłącznością tych dwóch sfer powoływanie się na ustroje prawne państw totalitarnych. W jednym i drugim argumencie nie jest brane pod uwagę to, w jaki sposób – realnie – te zapisy były wdrażane i wykorzystywane.

W komentarzach na naszym FB pojawił się wpis o tym, że

prawa człowieka to nie są moje prawa – to prawa drugiego człowieka.

Prawa człowieka to nie prawa, które jednostka sama sobie nadaje i uważa automatycznie za powszechne. To prawa Tego Innego, który może mieć na temat praw własnych zupełnie inne wyobrażenie: kobiety, dziecka, osoby nieheteronormatywnej, osoby nie-białej, osoby innej narodowości, osoby innej wiary, osoby niewyznającej żadnej religii.

Regułą do stanowienia wspólnej matrycy powinno być stwierdzenie, że wolność jednostki kończy się tam, gdzie zaczyna się cierpienie Tego Innego. I w zasadzie Ten Inny jest każdym – zwierzęciem ludzkim i poza-ludzkim.

Jeżeli tego nie przyjmiemy i nie wdrukujemy tego sobie, to może się okazać, że każdy z nas na jakimś zakręcie historii może zostać wypchnięty poza nawias aktualnie rozumianej normy. I wówczas, to właśnie te ‚prawa człowieka’ będą stanowiły dla każdego z nas oparcie.

Chciałabym bardzo podziękować

za całe dotychczasowe wsparcie działań naszej fundacji tym, którzy poczuwszy się urażonymi moim wpisem (zarówno tym, jak i poprzednim) postanowili od nas odejść.

Kotami bezdomnymi zajmuję się od 20 lat. Staram się robić to najlepiej, jak potrafię. Przez te 20 lat ludzie, którzy mnie w tej pracy początkowo wspierali – odchodzili, a na ich miejsce przychodzili następni.

Jednak w mojej pracy niczego to nie zmieniało.

Jeśli komuś przeszkadza mój światopogląd – rozumiem. Jest wiele fundacji zajmujących się bezdomnymi zwierzętami, one także potrzebują wsparcia.

Chcę tylko zaznaczyć, że to, co napisałam, co piszę i z pewnością będę pisać, oraz moja praca przy kotach ma to samo źródło – niezgodę na świat w takim kształcie, jaki zastałam.

Nie umiem tego ani rozdzielić, ani wyłączyć. Przykro mi (ale tylko retorycznie), że znowu komuś nie wpasowałam się w wyobrażenie o mnie i o mojej pracy.

Dziękuję i zapewniam, że dołożyłam wszelkich starań, by żadne wsparcie przekazane naszej fundacji nie zostało zmarnowane.